Na marginesie tworzenia grupy superwizyjno – seminaryjnej oraz superwizji terapii ericksonowskiej.
Terapia ericksonowska przez wiele lat prezentowana była w podobny sposób w jaki pracował Milton H. Erickson – tajemniczo, transowo, momentami bajecznie, ezopowo, pośrednio, aluzyjnie. Tyle że Erickson, im dłużej przyglądam się Jego pracy, raczej nie miał nawet takiej intencji. W książce „W cztery oczy. Rozmowy z twórcami terapii rodzin” autorstwa Richarda Simona, można znaleźć informacje na temat tego, jak bardzo różnie odbierano Ericksona – z pewnością jako wybitnego lekarza znającego doskonale hipnozę, ale też człowieka, który bardzo pragmatycznie podchodził do życia i nieustannie testował możliwości niedyrektywnego wpływania na innych tak, aby mogli swobodniej realizować swoje cele. Rodziło to sporo obaw po stronie tych, którzy mieli z Nim kontakt, ponieważ nie byli pewni, czy robiąc coś po spotkaniu, robili dlatego, że taki mieli zamysł, czy że była to inspiracja Ericksona.
Erickson nie konceptualizował teoretycznie swojej pracy. W przedmowie do pierwszego tomu „Patterns of the Hypnotic Techniques of Milton H. Erickson, M.D.”, fundamentalnego dzieła z 1975 roku, którego autorami są Richard Bandler i John Grinder (współautorką tomu pierwszego była Judith DeLozier, zaś drugiego Stephen Gilligan), Erickson pisał, że autorzy „Patterns…” lepiej wyjaśnili jego pracę niż on sam. On sam zaś nigdy nie przestał wywierać wpływu i niechętnie podejmował się wyjaśniania złożoności własnego myślenia. Seminaria, które prowadził w domu, a w których uczestniczyli znani nam dziś specjaliści, miały podobną formę: były pokazem mistrzowskiej praktyki, nie zaś wykładu i analizy klinicznej. Nie oznacza to, że Erickson nie rozmawiał klinicznie. Zapis książki „Lutowy człowiek” to właśnie pokaz takiej analizy, jednak nie jest on zapisem konceptualizacji sposobu uprawiania przez Ericksona psychoterapii, odnosi się raczej do tego konkretnego przypadku.
Jednym z najbardziej przejrzystych podręczników systematyzujących intuicyjną pracę Ericksona jest „Taproots: Underlying Principles of Milton Erickson’s Therapy and Hypnosis”. „Taproots”, słowo oznaczające w języku angielskim główny korzeń rośliny, odnosi się do idei, że pod setkami różnych, widowiskowych i niestandardowych technik kryje się jeden stały i solidny system głębokich założeń filozoficznych. Autorem tej książki jest Bill O’Hanlon. Do tych założeń nawiążę przy innej okazji.
Wracając do początku, większość osób, które uczestniczyła we wspomnianych seminariach w Phoenix mówiła o sobie, że byli uczniami Ericksona, jednak nie posiadał on formalnie uczniów i nie uczył w takim sensie jak zazwyczaj mówimy o uczeniu; po prostu robił psychoterapię narzędziem, które znał na wskroś, czyli hipnozą. Z pewnością jego sposób pracy był na tyle ujmujący, że wiele osób, które się z nim zetknęło chętnie naśladowało ten styl pracy, twierdząc, że „wystarczy ufać swojej nieświadomości a praca zostanie wykonana, ponieważ pacjent ma dość zasobów, aby poradzić sobie ze wszystkimi wyzwaniami, przed którymi stoi.” Z humorem zadawałem retoryczne pytania psychoterapeutom powtarzającym te zdania, do czego właściwie psychoterapeuci są potrzebni pacjentom? W tamtym czasie było to, o dziwo, trudne pytanie.
Terapia ericksonowska, umysłami tysięcy specjalistów rozwija się na całym świecie, w dużej mierze dzięki zorganizowanej formie instytutów, którymi najczęściej są od strony organizacyjnej jakieś formy działalności gospodarczej. Nie są one w większości instytutami w sensie jednostek uczelni wyższych. Z jednej strony to dobrze, bo wiąże się to z wieloma ograniczeniami, a niedobrze, bo część tych ograniczeń to pakiet możliwości, w tym związanych z mocowaniem tej formy terapii w kulturze, nie tylko zawodowej. Terapia ericksonowska w Polsce nie ma swojej reprezentacji w postaci osobnego czasopisma czy monografii napisanych przez polskich autorów, z wyjątkiem jednej książki „Poznawanie pacjenta” Krzysztof Klajsa, co zdaje się potwierdzać regułę. Tylko ta książka zawiera konceptualizację, która pokazuje, jak pracujemy „po ericksonowsku”. Publikacja jest skrojona pod szeroki odbiór publiczny, więc z oczywistych powodów wiele mechanizmów terapeutycznych pozostaje ukrytych i jest wyjaśniania ogólnikowo, niemniej to najlepszy aktualnie trop. Mamy też kilka artykułów – studiów przypadków, które wnoszą odrobinę światła w ten obszar oraz kilka publikacji, które wyrosły na tej terapii, np. „Wszystkie Kolory Snów” Urszuli Jaworskiej, Małgorzaty Kuberskiej – Kędzierskiej „Ile ważą emocje”, Marty Nowak – Kulpy „Opowieści z innej bajki, czyli niepamiętnik psychoterapeutki”. Mamy też rozdziały w książkach pod red. Prof. Lidii Grzesiuk i artykuł o superwizji Lucyny Lipman.
To jednak na co zwracam uwagę, w tym sam sobie, że choć terapia ericksonowska jest obecna w Polsce od lat 90-tych poprzedniego stulecia, jest tak słabo pisana. Trudnością nie są na pewno badania, bo tu Ericksonia jest nieustannie najbardziej na czasie formą terapii – jest najlepiej znaną mi realizacją założeń teorii konstruowanej emocji Lisy Feldman Barrett powstałej kilkadziesiąt lat po rozpoczęciu kariery przez Ericksona (co świadczy tym bardziej o geniuszu Ericksona). W wydanej przez GWP książce Michaela Yapko „Kiedy życie boli. Dyrektywy w leczeniu depresji” (polecam też: „Depression Is Contagious” z 2009), znajdziemy kontynuację tego ponadczasowego rozumienie podejścia do leczenia, moim zdaniem nie tylko depresji, lecz w ogóle ludzi (teoria Lisy Feldman Barrett będzie odgrywać w moich seminariach znaczącą rolę).
Nauka terapii ericksonowskiej prowadzona w stylu ezopowym utrudnia powielanie i rozwijanie schematów myślenia, które ujawniają mechanizmy naszej pracy. Ponadto koncentracja na próbach naśladowania maestrii Ericksona bez przejścia niektórych kamieni milowych nauki, które on przeszedł, utrudnia również wskazywanie istoty tej terapii. Zeig wspomina w książce „Spotkania z Ericksonem”, że Erickson był doskonałym diagnostą nozologicznym, doskonałym obserwatorem i wytrwałym praktykiem. Na początku kariery, przez wiele lat pisał dla pacjentów nawet po 20 stron transu, później czytał, skracał, poprawiał, aż zostało kilka, które faktycznie chciał przekazać. Betty Alice Erickson w jednym z filmów mówi, że jej ojciec ufał swojej intuicji i nie przygotowywał się do prowadzenia terapii w hipnozie, ale nie wspomniała, że ta intuicja i praca a vista budowały się na żmudnej, trwającej latami praktyce, którą Erickson wykonywał doprowadzając swoje umiejętności do perfekcji.
Jeśli chcemy czegoś uczyć na poziomie akademickim (innym także) nie wystarczy powiedzieć „to mi przypomina pewną historię” lub „pozwól, że ci opowiem”, co widać najwyraźniej, gdy przychodzi do opisu przypadku. Jeśli chcemy mieć specjalistów swobodnie piszących psychoterapeutyczną literaturę ericksonowską potrzeba, aby znali oni od podszewki podstawy technik, którymi pracują oraz dysponowali warsztatem pisarskim. Podstawa techniki to, bardzo drobny przykład, np. znajomość licznych funkcji języka służących kierowaniu uwagą lub np. technik zidentyfikowanych przez Bandlera i Grindera, znanych później jako techniki NLP; to też umiejętność konceptualizacji narzędzi terapeutycznych innych metod jako narzędzi wpływu, czy wprost: hipnotycznych, itd.
Uczenie się od kogoś, kto przemawia stylem ezopowym sprawia, że nigdy nie można mieć pewności jak jest, ponieważ zrozumienie zostaje zawsze po stronie słuchającego. Byłby to doskonały sposób nauki pod warunkiem takim, że uczący wskazuje alternatywy w na tyle klarowny sposób, że zainteresowany wie, co ma robić, choć „JAK” zostaje już po jego stronie. Tak „uczył” Erickson: dawał zadania i stawiał poprzeczki, głównie poza świadomością samych zainteresowanych. Taki rodzaj nauki przynosi sukcesy, vide Ryszard Szubartowski lub Tomasz Wilczewski z Impoeksis. Swoją drogą, choć oba przypadki nie dotyczą psychoterapii, to są doskonałym przykładem stosowania myślenia strategicznego i doświadczeniowego, które z powodzeniem możemy aplikować do własnej pracy. Dodam jednak, że obaj panowie są również świetnymi teoretykami dziedzin, którymi się zajmują i potrafią teorię wyłożyć.
Uczenie w stylu ezopowym może się sprawdzić dla części pacjentów, ale nie sprawdza się w nauce krok po kroku sztuki psychoterapii, tym bardziej jeśli chcemy, aby psychoterapeuci potrafili sensownie pisać i mówić o tym, co robią. Jest to niezwykle istotne, ponieważ, jak wskazuje się w „Principles and Core Competencies of Ericksonian Therapy 2017 EDITION”, „terapia ericksonowska jest definiowana jako empiryczne, oparte na fenomenologii podejście do rozwiązywania problemów, które wykorzystuje istniejące atrybuty klienta, jednocześnie odwołując się do naturalnych procesów uczenia się i adaptacji”; i „(…) nie ma kanonicznej wersji metody naukowej, tak nie ma jednego dokumentu, który autorytatywnie definiuje terapię ericksonowską. Jest to raczej w dużej mierze demokratyczny i stale ewoluujący zbiór idei, których wspólną cechą jest inspiracja pionierską pracą badawczą i nauczaniem Miltona H. Ericksona.” Z tego też powodu, choćby biorąc pod uwagę rozwijanie się wiedzy w obszarze biologicznego reagowania na stres i urazy, potrzebujemy umieć ericksonowsko konceptualizować również terapię przez ciało, zarówno formy wynikające ze śledzenia odczuć jak i postreichiańskie oraz mieszane. Indukcje odnoszące się do ciała działają bardzo intensywnie. Sugestią transową jest choćby samo stanięcie na macie, czy w sali szkoleniowej. Zaproszenie psychoterapeutów do wielogodzinnego siedzenie na krzesłach podczas szkolenia jest sugestią transową podobnie jak zaproszenie uczestników na maty i wyobrażanie sobie, że podłoga to lawa a ściana znika jako oparcie dla pleców czy rąk.
Terapeuci reichiańscy (np. bioenergetyczni) otwarcie nie mówią o tym, że stosują hipnozę, a jednak podczas szkolenia od początku widziałem te zjawiska u wszystkich uczestników. Zjawiska hipnotyczne mają miejsce w każdej terapii dowolnego nurtu. Pytanie, czy terapeuta jest gotów świadomie je spożytkowywać, stawiać temu opór czy pobłażliwie ignorować. Zjawiskom hipnotycznym nasza postawa jest obojętna – i tak występują. Dla psychoterapeutów ma to jednak znaczenia lub powinno. W każdej terapii, każdej interakcji każdego terapeuty z każdym pacjentem można z łatwością identyfikować zjawiska transowe. Ich znajomość wydaje się oczywistością. Jeśli chodzi o praktykę lekarską jest to jeszcze bardziej znaczące.
Podczas własnego szkolenia z terapii ericksonowskiej nigdy nie omawialiśmy konkretnych prac poświęconych terapii ericksonowskiej, sam jednak zacząłem jakiś czas temu to robić. Perełkami okazały się choćby publikacje w ramach monografii ericksonowskich, np. „Ericksonian Hypnosis: Application, Preparation and Research”, “Elements And Dimensions Of An Ericksonian Approach”, “Central Themes and Principles of Ericksonian Therapy”, “Views On Ericksonian Brief Therapy, Difficult Contexts For Therapy” czy “Research Comparisons And Medical Applications Of Ericksonian Techniques”. Skarbnicą wiedzy są oba tomy “Patterns of the Hypnotic Techniques of Milton H. Erickson”, podobnie jak wspomniane “Taproots” oraz “Creative Choice in Hypnosis. The Seminars, Workshops, and Lectures of Milton H. Erickson”, Zeig’a “The Induction of Hypnosis: An Ericksonian Elicitation Approach” (powinna być obowiązkową lekturą dla nas) a także wiele innych.
Terapia ericksonowska z jednej strony jest zestawem wypracowanych sposobów myślenia i technik, które kojarzymy z tą terapią, jednak z mojej perspektywy jest to filozofia pracy, którą z uwagi na Teorię Konstruowanej Emocji (to naprawdę święty Graal hipnozy) potrzebujemy rozwijać i szczegółowo informować o tym szeroko rozumianą kulturę terapeutyczną. Teoria ta celuje w indywidualność każdego człowieka, ogólniki dostosowując do konkretnych potrzeb danej jednostki w danym czasie. Brzmi ericksonowsko? Oczywiście. Podobnie jak „zasoby”, „spożytkowanie”, „terapia szyta na miarę” i wiele innych. Aby jednak ten zakład krawiecki dobrze funkcjonował, terapeuta potrzebuje znać wiele narzędzi i sprawnie się nimi posługiwać. Wielu trenerów terapii ericksonowskiej ze swobodą operuje hipnozą właśnie z tego powodu, że przeszło szkolenia bądź terapie psychoanalityczne, terapie przez ciało, mają umocowania w innych zawodach i terapiach. Chyba wszyscy, a na pewno szkolący niegdyś w Polsce nauczyciele Ego State Therapy mają za sobą szkolenia w obszarze psychoterapii przez ciało – osobiście pytałem ich o to. Takiej formy terapii również uczę, choć aktualnie bardziej interesuje mnie jej bioenergetyczna wersja „Accessing Your Life Force (AYLF)” Bennetta Shapiro (nieżyjącego już międzynarodowego trenera IIBA), ponieważ efektywniej spożytkowuje psychoanalityczne założenia Kernberga dotyczące przeniesienia pacjenta. Kernberga czytam, podobnie jak wielu innych psychoanalityków, w tym Wilhelma Reicha, który również zagości w moich wykładach i szkoleniach.
Spotkałem się kiedyś z hasłem „kłusownictwo” na określenie zapożyczeń technik jednych metod w obszarze innych metod. Kłopot w tym, że gdyby uczciwie podejść do tej sprawy to mogłoby się okazać, że nie ma nurtów, które czegoś już nie zapożyczyły i nie zaproponowały swojej wersji. Po drugie, jeśli chodzi o Terapię Ericksonowską, posiada ona narzędzia adaptacyjne, które umożliwiają bardzo rozsądne podejście do tej sprawy i są one tu obecne na tyle długo, żeby potwierdzić swoją skuteczność.
To tylko kilka wątków, które będę rozwijał podczas ericksonowskiego seminarium superwizyjno – szkoleniowego. Aktualnie prowadzę superwizje terapii ericksonowskiej, terapii przez ciało, głównie postreichiańskich, hipnozy klinicznej, terapii systemowej, par i rodzin w tym patchworkowych, terapii traumy i kilku innych zagadnień; superwizuję też zespoły zajmujące się psychoterapią oraz innymi formami pracy z ludźmi. Cele jakie sobie stawiam, to upowszechnianie Terapii Ericksonowskiej i hipnozy klinicznej oraz psychoterapii przez ciało, inicjację powstania kolejnych polskich publikacji w tych tematach oraz rozwój szkoleń uwzględniających najnowszą wiedzę naukową, która w zdecydowany sposób choć niechcący stawia myślenie ericksonowskie niezwykle wysoko i wcale nie wynika to z badań nad psychoterapią. Sprowadzenie tej wiedzy do obszaru badań nad terapią ericksonowską jest również celem, który sobie stawiam.
Kiedy start grupy? W grudniu, to najlepszy termin
Zapraszam




0 komentarzy